Polskie firmy szturmują Czarny Ląd. W Afryce rośnie gigantyczny rynek

97

Stany Zjednoczone, kraje Europy Zachodniej? Nie, polskie firmy coraz częściej dostrzegają potencjał nie w rozwiniętych, ale w szybko rozwijających się rynkach. Takich jak Afryka.

„Tanzańczycy płacą więcej za usługi telekomów”, „Tanzania buduje wiadukty”, „Nowy operator na rynku” – patrząc na nagłówki lokalnych, biznesowych mediów, nie trudno oprzeć się wrażeniu, że afrykański kraj przeżywa dzisiaj bujny rozkwit. Na ulicach Dodomy, stolicy blisko 60-milionowego kraju graniczącego od północy z Kenią i Rwandą, tego boomu na pierwszy rzut oka nie widać. To jednak tylko pozory. Miasto zadziwia kameralnością, może dlatego, że biznesowe centrum Tanzanii to wciąż Dar es Salaam. Mimo to, Dodoma szybko się jednak rozbudowuje.
W ubiegłym roku zaplanowano tutaj budowę osiedla 500 nowych domów. Nie bez powodu.

Polska mozaika

Jeśli wierzyć statystykom, PKB graniczącego z Kenią kraju rośnie w imponującym tempie około 7% rok do roku. Co ciekawe – od kilkunastu lat utrzymuje się nie tylko na dodatnim, ale także na wysokim poziomie. Na przestrzeni 15 lat najwolniejsze tempo rozwoju wyniosło 2,6%, a najwyższe blisko 12%. To o blisko 4% więcej niż w Polsce w najlepszych czasach. Nic więc dziwnego, że dobre wskaźniki coraz częściej przyciągają polskie firmy. Przykładem może być Feerum. Zarząd spółki produkującej elewatory zbożowe do suszenia i magazynowania produktów roślinnych zwrócił uwagę, że dużym problemem w Tanzanii jest brak możliwości bezpiecznego składowania żywności. Szacuje się, że z tego powodu w Afryce marnuje się nawet 40% żywności. Pod koniec ubiegłego roku notowana na warszawskiej giełdzie firma produkcyjna podpisała z Narodową Agencją Rezerw Żywnościowych intratny kontrakt na wybudowanie pięciu kompleksów silosów zbożowych i obiektów magazynowych oraz rewitalizację istniejących tam obiektów magazynowych. Wartość projektu sięga 33 mln dolarów, co w przeliczeniu na złotówki daje kwotę około 140 mln zł.

Feerum nie jest jedyną firmą, która zdecydowała się na ekspansję w Tanzanii. Bardzo dobrze radzi tam sobie także Ursus. W ramach pomocowego kredytu rządu polskiego, w tym afrykańskim kraju sfinansowano projekty w dziedzinie modernizacji rolnictwa, w tym m.in. zakup 2,4 tys. ciągników Ursusa oraz przygotowania dla nich hali montażowej i ośmiu centrów serwisowych. Polskie ciągniki już niedługo można będzie spotkać również w Zambii, a od pewnego czasu jeżdżą one po polach Etiopii.

Kropla w morzu

„Chciałbym, żeby jak najwięcej polskich przedsiębiorców, polskich firm, zainteresowało się rynkiem afrykańskim, ponieważ są to olbrzymie państwa o wielkim potencjale” – mówił prezydent Andrzej Duda podczas niedawnej trzydniowej wizyty w Etiopii. Afryka to rzeczywiście wyjątkowo perspektywiczny rynek. Zgodnie z planem przyjętym przez kraje Unii Afrykańskiej, do 2020 roku nakłady na projekty infrastrukturalne wyniosą 68 mld dolarów. W Afryce powstaną tysiące kilometrów nowych dróg, porty, lotniska i elektrownie. Do 2050 roku połowa światowej populacji będzie znajdowała się właśnie w Afryce. To z jednej strony ogromne zaplecze potencjalnych pracowników, z drugiej potężny rynek zbytu. Dlatego Nissan otworzył fabrykę samochodów w Nigerii, Samsung chce produkować laptopy i smartfony w Etiopii, a Unilever i H&M otwierają taśmy produkcyjne w Kenii. W ostatniej dekadzie „Afrykańskie Lwy” rozwijały się szybciej niż „Azjatyckie Tygrysy”. Sześć afrykańskich krajów od lat znajduje się w czołówce najszybciej rozwijających się krajów świata. To Angola, Etiopia, Mozambik, Tanzania, Kongo oraz Ghana. Prognozy zakładają, że do 2060 r. ponad miliard osób dołączy do klasy średniej. Według McKinsey Global Institute siła nabywcza ma wzrosnąć z 860 miliardów dolarów w 2008 roku do 1.4 biliona dolarów w roku 2020.

Afryka rośnie jak na drożdżach, siłą rzeczy potrzeba tam i lepszego transportu, i produktów spożywczych, i kosmetyków czy technologii. Przeciętnemu konsumentowi z Afryki potrzebne jest wszystko: od produktów przez usługi. Afrykańczyk coraz częściej jeździ na wakacje, wydaje więcej na edukację, robi zakupy przez Internet. Potrzebuje też technologii. Dlatego Grupa Vistal podpisała kontrakt na dostawę dźwigów portowych do Algierii, a Grupa Wielton, producent naczep i przyczep założył na Wybrzeżu Kości Słoniowej spółkę, której celem jest ekspansja na rynku afrykańskim. W RPA działa Kopex, Inglot i Mokate. Z kolei Polpharma wzięła sobie na celownik Afrykę. Mimo tych inwestycji, wymiana handlowa Polski z Afryką jest jeszcze śladowa.

W 2016 r. wyniosła ona 4,2 mld dolarów. Na pierwszym miejscu w zestawieniu państw afrykańskich, z którymi mamy najwyższe obroty handlowe uplasowała się Republika Południowej Afryki. Kolejnymi państwami są Maroko i Egipt. Spośród państw na wysokich pozycjach w rankingu największy wzrost obrotów handlowych zanotowały Mozambik (wzrost o 48 proc.), Etiopia (wzrost o 14 proc.), Senegal (12 proc.). Przy czym wzrost obrotów w przypadku tych państw odznaczył się przede wszystkim wzrostem polskiego eksportu.

Zrozumieć Afrykę

Afryka kusi, ale dla wielu przedsiębiorców jest lądem nieznanym. Wyzwaniem są nie tylko różnice kulturowe, w tym. m.in. ograniczone zaufanie do umów papierowych, co wynika z braku tradycji do posługiwania się pismem.

– W Afryce nie da się funkcjonować bez wchodzenia w lokalne alianse, zwłaszcza że tutejsze państwa nie zamierzają być dłużej eksploatowane. Chcą mieć realny wpływ i zyski z projektów wydobywczych – przyznał kilka lat temu wprost Dariusz Mioduski, prezes Kulczyk Investments. Teoretycznie w Afryce można sprzedać wszystko, niestety przedsiębiorcy mówią wprost: bez kontaktów na miejscu, szanse powodzenia są minimalne. Dobitnie przekonała się o tym jedna z polskich firm, która zapłaciła ponad pół miliona EUR za doradztwo przy sprzedaży 375 czołgów. Tych pieniędzy już potem nie zobaczyła. Wyzwaniem jest też marketing. W naszym regionie konsumenci są przyzwyczajeni do wielu marek. W Afryce na porządku dziennym jest jedna silna marka, która sprzedaje wszystko – i cukier, i cement.

– Idąc do sklepu, zastanawiam się, co jest w środku, ponieważ logo i opakowanie są w zasadzie takie same. Dlaczego tak się to robi tutaj? Po pierwsze rozdrobnione marki nie mają szans przetrwać na słabo rozwiniętych rynkach, a po drugie tutejszym klientom to zupełnie nie przeszkadza. – mówił w rozmowie z Forbesem, Marek Zmysłowski, który w Afryce stworzył sieć rezerwacji hoteli Jovago.com.

Afryka to także rynek kontrastów. Np. z Facebooka korzysta tam 7 na 10 osób – w sumie 170 mln użytkowników, z tego aż 94% za pośrednictwem urządzeń mobilnych. Kontynent jest pionierem płatności mobilnych. Z drugiej strony Google reklamuje się w telewizji i to w dodatku w następujący sposób: “Czy wiesz, że możesz wejść na google.com i dowiedzieć się, gdzie w okolicy są dobre restauracje?”

Dużym wyzwaniem dla firm jest też odległość i logistyka. Dobrze pokazuje to przykład Feerum. Do Tanzanii firma wyśle w sumie około 1000 kontenerów, zawierających kilka milionów elementów. Trzeba je przewieźć a następnie złożyć, budując na miejscu elewatory w 5 lokalizacjach. Ma na to niewiele czasu – zaledwie 18 miesięcy od chwili podpisania kontraktu. Dlatego Feerum, zanim zdecydowała o ekspansji, postawiła na gruntowną informatyzację. Dzięki współpracy z firmami BPSC oraz DPS Software i wdrożeniu sy
stemu Impuls EVO wspierającego zarządzanie, Feerum udało się diametralnie skrócić czas wprowadzenia produktu na rynek. Obecnie od stworzenia projektu do przekazania go do produkcji wystarczą dwa dni, wcześniej ten proces trwał miesiąc. Wdrożenie do produkcji zupełnie nowej konstrukcji silosu skrócono z kolei z dziewięciu miesięcy do trzech tygodni. Tyle czasu mija obecnie od stworzenia koncepcji do pojawienia się gotowego produktu na rynku.

– Wyobraźmy sobie, że w projekcie suszarni, która składa się z 1300 elementów, nagle trzeba wymienić trzy. Teraz nie stanowi to dla nas żadnego problemu. Obecnie przeprojektowanie rodziny silosów kosztuje 10 proc. wartości produkcji silosu i trwa zaledwie dwa tygodnie. To są dla firmy wymierne oszczędności. Dzięki wdrożeniu mogliśmy zwiększyć skalę produkcji bez konieczności zwiększania zatrudnienia. – zwraca uwagę Piotr Wielesik, członek zarządu Feerum.

Choć barier jest wiele, to te są na każdym rozwijającym się ipotrzebującym rynku – i w Afryce, i w Chinach i na Białorusi. Tak jak w latach 30-tych Bronisław Malinowski badał zwyczaje lokalnych społeczności, tak dziś nieznany ląd eksplorują polskie firmy. Coraz więcej z nich dochodzi do wniosku, że Afryka to jednak nie etnograficzna ciekawostka, ale bardzo dobre miejsce do robienia interesów.

Źródło: BPSC

Zdjęcie w artykule, źródło: BOSCH